Dobry student/zły student

Czy da się powiedzieć, że ktoś jest dobrym studentem, a ktoś jest złym studentem? Odpowiedź intuicyjnie wydaje się oczywista, ale współczesna dydaktyka pokazuje, że sprawa nie jest tak prosta.

Jeżeli na zajęciach student zadaje pytania w stylu:
- "Czy będzie to na egzaminie?"
- "Jak wbita będzie szpilka na praktyku?"
- "Czy muszę to umieć?"
- "Ile wystarczy wymienić, żeby zaliczyć?"
lub mówi:
- "Proszę nie zadawać takich pytań... to było na przedmiocie X i już jesteśmy po egzaminie..."
- "Muszę jeszcze przerobić te giełdy..."

to od razu wiadomo, że jest to osoba ucząca się jedynie dla zaliczenia i zdobycia papierka. Anglosasi używają określenia "surface learner". Jego przeciwieństwem jest "deep learner", który aktywnie zdobywa wiedzę, umiejętności i postawy, czyli... studiuje. 

Zobaczcie ten film:


A Ty - tylko zaliczasz czy studiujesz?

--------------

Ale to tylko jedna strona medalu. To, jacy będą studenci zależy w dużym stopniu od nauczających. I to zarówno od ich sposób prowadzenia zajęć, programu nauczania jak i metod egzaminowania.

Program skupiający się na pamięciowym opanowaniu przedmiotu (np. wyuczeniu się na pamięć skryptu danej katedry/zakładu/profesora) niemal automatycznie wywołuje reakcje "uczenia się powierzchownego".

Również wybór metod prowadzenia zajęć nakierowuje studentów na odpowiednie tory: jeżeli dominują metody słowne to znowu niemal automatycznie włącza się reakcja "uczenia się powierzchownego" objawiająca się chęcią zapamiętania każdego słowa wykładowcy. Od strony wykładowcy może być to nawet wzmacnianie słowami "przecież już o tym ostatnio mówiłem, nie będę się powtarzał".

Jeżeli egzamin jest wyłącznie w formie testowej, swego rodzaju walką podsycaną myślą: "jak zadać pytanie, aby odpowiedziało na nie jak najmniej uczestników quizu" to znowu automatycznie nakierowuje na sposób przygotowywania się do niego.

5 komentarzy:

  1. Krótka uwaga: takie dzielenie studentów na deep learnerów i surface leanerów to nieco zbyt prosta psychologia. Ludzie są bardziej elastyczni, reagują na sytuacje: można coś zaliczyć na skróty? czemu nie? nie da się? dobrze, idziemy głębiej. Studenci myślą, jednak;). Jeśli mają inną motywację, np. w pracy, konieczność dostosowania się, rywalizacji - dostosowują się. A wykładowcy przypisują sobie zbyt wielką rolę, takie "kapłaństwo". W realu ludzie zachowują się inaczej niż w akwarium o nazwie "uniwersytet". Film pokazuje bardzo nieprzyjemny sposób szufladkowania ludzi. Najgorsza "psychologia" jaka istnieje. Nazywam to "psychorasizmem". I coś mi się wydaje, że za parę lat ten podejrzany Robert całkiem dobrze sobie poradzi...A Susan? nie jestem pewny.

    OdpowiedzUsuń
  2. >>Odpowiedź intuicyjnie wydaje się oczywista, ale współczesna dydaktyka pokazuje, że sprawa nie jest tak prosta.<<

    Ja również uważam, że nie da się powiedzieć dobry/zły stdent. Te określenia biorą się właśnie z mesjanizmu i odzwierciedlają punkt widzenia tylko jednej strony. Dlatego zamiast mówić o kimś "dobry" "zły" można o nim powiedzieć, że jest "deep" oraz "surface", co klasyfikuje go pod względem celów studiowania oraz stopnia zainteresowania a nie wartościuje.

    Nie potrafię przełożyć zgrabnie tych dwóch określeń na polski, ale mógłbym opisać je jako:
    Robert - zaliczacz, odbębniacz, panda3, muszę-zrobię, nie muszę-nie robię,
    Susan - entuzjastka, zainteresowana, studiująca, poszukująca, refleksyjna

    Każdy z nas na niektórych przedmiotach jest(był) Robertem, a na innych Susan.

    Film z założenia jest przerysowany - nie ma pokazyważ realnego życia tylko skrajne postawy pomijając cały zakres szarości pomiędzy nimi.

    W Twoim komentarzu widzę również przesycenie klasyczną wizją uczelni jako skostniałej instytucji nieprzystajacej do rzeczywistości (akwarium) w której tylko kombinując można sobie radzić.
    Ja właśnie chcę wyjść poza ten utarty schemat i dlatego zamieszczam posty o tematyce dydaktycznej. Bo można nauczać inaczej...

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę, że problem ten ma swoje wcześniejsze podłoże, zaczyna się, gdy dzieci idą do szkoły.
    Polecam artykuł popularnonaukowy dotyczący neurodydaktyki dr Marzeny Żylińskiej "Szkoła szkodzi na mózg" z wrześniowej Polityki:
    http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1508366,1,szkola-oglupiania.read
    oraz artykuł i film Matt'a Richtel'a z NYT:
    http://www.nytimes.com/2010/11/21/technology/21brain.html
    Rozwijające się technologie i multimedia z jednej strony dają nowe możliwości uczenia, a z drugiej stwarzają wiele pokus, odciągających od nauki dzieci, młodzież i studentów.
    Jako rozwiązanie tej sytuacji: można by stworzyć sposób nauczania, który sprawiłby, aby nauka stała się:
    - osobistym przeżyciem,
    - ciekawą przygodą,
    - sposobem samorealizacji,
    - zdobywanie wiedzy podnosiłoby samoocenę
    - wykorzystywałaby wiele modalności
    - ...
    O aktywności poszczególnych rejonów mózgu podczas takiego sposoby nauczania mógłby pewnie więcej powiedzieć dr Tomek Cecot :)
    Ze swojej strony mogę powiedzieć, że obserwuję takie zjawisko zafascynowania nauką przez dzieci przy okazji realizowania projektu Polska Akademia Dzieci: http://akademiadzieci.edu.pl/

    polecam i pozdrawiam z Gdańska! :)
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  4. - Nie wiemy jeszcze, jak działa mózg który od dzieciństwa bombardowany ogromną ilością informacji.
    - Nie wiemy jeszcze, jak zmieniają się w czasie całego życia zachowania u osób wychowanych na poły w wirtualnym świecie.
    - Nie wiemy jeszcze, jak będą funkcjonować społecznie dorośli "od maleńkości" używający stron społecznych.

    Oczywiście są prowadzone w tym kierunku badania, ale w rzeczywistości takie prawdziwe i w pełni rzetelne bedzie można przeprowadzić za... 30-50 lat, kiedy pierwsze całkowicie "internetowe pokolenia" będą przechodziły na emeryturę.

    To, co obserwujemy współcześnie, to powolne wkraczanie "tego materiału badawczego" w szeregi studentów.

    Jedno jest pewne: dzisiejsi studenci SĄ INNI, co wcale nie znaczy, że gorsi.
    I dla tych współczesnych, "innych" studentów, którzy będą funkcjonowali w zupełnie innej, nieznanej nam rzeczywistości, powinniśmy przygotowywać zajęcia. Powinny to być zajęcia, o których pisze Ewa... Ważne, żeby nie oceniać ich naszą (klasyczną) miarą.

    I jeszcze jedno: to, że ktoś nudzi się na wykładzie WCALE nie znaczy, że jest "złym studentem"...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawa dyskusja! Można tu jeszcze dorzucić jeden wątek związany z neurodydaktyką. Otóż nasze mózgi są niezmiernie egoistyczne i zawsze potrzebują subiektywnych argumentów przemawiających za tym, żeby podjąć trud nauki. Proces ten zachodzi podświadomie i w zasadzie nie poddaje się naszej woli. Tak więc nauczyciele muszą na początku lekcji, czy wykładu znaleźć przekonujące argumenty, że warto zająć się omawianym zagadnieniem. Muszą przekonać nie tyle swoich uczniów, czy studentów, ale ich mózgi. Niektórzy wykładowcy potrafią "wyłączyć" mózgi nawet bardzo zmotywowanych osób, inni swoimi wykładami poruszają nawet "ślizgaczy". Rola nauczycieli jest nie do przecenienia. To od nich zależy, czy uczniowie/studenci będą jedynie biernymi odtwórcami wiedzy, bez zrozumienia klepiącymi wyuczone na pamięć regułki, czy będą twórczo podchodzić do wiedzy łącząc poszczególne elementy w logiczną całość. Na egzaminie można sprawdzać wiedzę lub też zdolność jej zastosowania. Jeśli osoba układająca test nie wchodzi na wyższy poziom, to przekłada się to na sposób, w jaki uczniowie i studenci przygotowują się do egzaminu.
    Od tego, co w szkole lub na uczelni robią uczniowie i studenci zależy, jakie reprezentacje neuronalne stworzą ich mózgi. To również zależy od nauczyciela, który poprzez zaplanowane zadania albo inicjuje proces przetwarzania informacji, albo .... Ale to już inny temat ....

    Pozdrawiam serdecznie,
    Marzena Żylińska

    OdpowiedzUsuń